Rozmowa z... samym sobą cz. 1Prawo Przyciągania w praktyce wg Jarkosa

Mój YouTube

Pierwszy wpis na blogu

Prawo Przyciągania, the secret

– Kładę się spać. – Powiedziałem do żony. – A ty oglądasz jeszcze telewizję?
– Taa.. Jeszcze trochę posiedzę. – Odparła, bawiąc się dalej komórką.
Przyłożyłem głowę do poduszki i zamknąłem oczy. Przez głowę przelatywały mi myśli o dniu dzisiejszym. Wspominałem moją sprzeczkę z dyrektorem, ale i tak moja była racja! Koniak, o który się z nim założyłem i tak będzie mój… Zapomniałem wysłać maila do szwagra! Jutro to zrobię. Ziewnąłem szeroko i… usnąłem.
Coś mnie tknęło! Podniosłem głowę. Był półmrok. Pomarańczowa latarnia zza okna sączyła światło przez mgłę. Cyfrowy zegar pod telewizorem na czerwono wyświetlał godzinę 3.17. Czułem się rześki i wcale nie chciało mi się spać. Wydawało mi się, że dopiero co zasnąłem. Sięgnąłem po papierosa. Zapaliłem. Ale czułem, że coś jest nie tak, tylko jeszcze nie wiedziałem co. Wszystko w koło niby normalne… Wokół panowała grobowa cisza. Nawet nie słyszałem tykania zegara na ścianie. Nagle w drzwiach zaczęła pojawiać się jakaś poświata. Nie! To nie odblask samochodu! Coś gęstniało i stawało się jaśniejsze. Tak jakby w drzwiach otwarły się drugie drzwi.
– „Coś mi się majaczy…” – Pomyślałem. – „Pewnie śpię jeszcze”. Spojrzałem na swoje dłonie i powiedziałem:
– Śpię teraz i wiem, że śpię. Więc przejmuję kontrolę nad snem. – Kazałem drzwiom, aby się zamknęły, ale nie posłuchały. Chciałem zmusić światło, aby się zapaliło, ale i to nie wyszło.
– Ki diabeł wodę mąci?– Szepnąłem do siebie. Wstałem z łóżka i na odrętwiałych nogach podszedłem do drzwi. Jasność bijąca od nich była bladoniebieska z małymi wstawkami żółtego, złota… Włożyłem w nią rękę. Niby gęsta, a jakże delikatna! Przygotowałem się, że poczuję chłód. Nic z tego! Poświata była przyjemnie ciepła i zdawała się działać kojąco. Zdecydowałem się wejść w nią. Lęk zastąpiła ciekawość i przeczucie obcowania z niepojętym. Przekroczywszy próg uświadomiłem sobie, iż doświadczam kontaktu z siłami, o których tylko słyszałem, że są, ale do końca w nie nie wierzyłem.

Zrobiłem parę kroków do przodu, a jasność się wyklarowała. Mogłem dostrzec wyraźnie ściany pomieszczenia, w którym się znalazłem. Chciałem dotknąć tą, która była po prawej stronie. W ścianie zrobił się dołek. Zdawała się uciekać speszona przede mną. Cofnąłem rękę i wyszeptałem:
– Nie bój się. Nic ci nie zrobię… – Ściana jakby zrozumiała moje intencje i pozwoliła się dotknąć. Była gładka jak skóra niemowlaka. Z początku jasnoniebieska, a w miejscu mojego dotyku pojawiały się tęczowe refleksy. Do moich uszu dobiegł dźwięk dzwonków. Delikatny, zarazem głęboki i niewiarygodnie czysty. To ściana grała! Dotknąłem drugiej i zjawisko się powtórzyło. Bawiło mnie to trochę i być może zapomniałem gdzie jestem, gdyż zacząłem biec z rozłożonymi rękami, dotykając ścian. Dźwięk dzwonów przybrał na sile, ale nie kaleczył mych uszu. Biegłem tak może ze trzydzieści metrów, ciesząc się jak dziecko.
Barwy na ścianach zaczęły szaleć i zmieniać się bardzo szybko. Nagle wszystko ucichło. Ściany znikły, a ja stałem na małej polanie otoczonej wiekowymi
dębami. Moje bose stopy oplatała soczystozielona trawa. Gdzieniegdzie rosły maki i niezapominajki. Słychać było śpiew ptaków. Z daleka dobiegło mnie stukanie dzięcioła. Zapalczywie walił dziobem w drewno. Ciepłe słońce wplatało mi się we włosy, delikatny wietrzyk przekomarzał się z jego promieniami.
– Chyba jestem w Raju.. – Rozejrzałem się.
Podniosłem dłonie do słońca i przeciągnąłem się, Jakże dobrze mi tu było. Nie myślałem o niczym z przeszłości. Wszelkie troski umknęły i nie było śladu bólu po ostatnich zastrzykach.
– Zaraz, zaraz! Skoro jestem w Raju, to znaczy, że umarłem! – Sama świadomość tego faktu spowodowała dreszcz na mych plecach. – Nie mogłem jeszcze umrzeć! Byłem całkiem zdrowy! Tylko lekko przeziębiony! A co z moimi bliskimi?! Co z moją pracą?! To nie może być!!! – Krzyczałem przerażony.
– Słyszy mnie ktoś?! Co ja tutaj robię?!
Zrezygnowany brakiem odpowiedzi usiadłem na trawie. Głowę zatopiłem w dłoniach i było mi bardzo przykro. Wyobrażałem sobie jak żona nie może mnie rano dobudzić, jak córki płaczą, rodzina… Ale wcale nie poczuwałem się do śmierci. To jeszcze nie był mój czas!
Nagle coś musnęło mnie w dłonie. To był mały motylek. Obijał się o mnie, jakby chciał mi coś powiedzieć. Gdy zauważył moje podniesione oczy, odfrunął o kilka metrów i zawisł. Jakby na mnie czekał. Poszedłem w jego stronę.
– Ja cię chyba znam, motylku? Czy to ty… Basiu? – Miałem nadzieję, że to moja chrześnica, która dawno temu zginęła w wypadku, a która później pojawiała się pod postacią motyla.
– Czy to ty? – Motylek jednak nie odpowiedział. Pofrunął w stronę drzew. Pobiegłem za nim.
Gdy mijałem opasłe dęby, wydawało mi się, ze czuję czyjś wzrok na sobie. Kątem oka dostrzegałem jakieś postacie ukrywające się za drzewami. Biegłem jednak dalej. Czułem, że muszę biec za motylkiem. Spod stóp wyskakiwały mi połamane gałązki, drobne zwierzątka, jakby urażone, że śmiem im mącić spokój. Motylek wciąż był o kilka kroków przede mną. Las powoli zaczął rzednąć. Ostatnie drzewo zdawało się mnie pozdrawiać. Coś jakby życzyło mi powodzenia. Ale w czym?
Nie miałem czasu się zastanawiać, bo oto stałem nad brzegiem spokojnej rzeki. Rosły na nim lilie, setki lilii. Mieniły się kolorami jak ściana, którą wcześniej dotykałem. Mokry piasek przedzierał się przez palce u nóg. W wodzie rosły nenufary. Opodal przycupnęły dwa głazy do połowy zanurzone w wodzie. Na nich stała czapla siwa z rybą w dziobie. Położyłem się na piasku. Po błękitnym niebie sunęły ospale białe obłoki. Niekiedy przeleciał bocian. Leżałem tak chyba dobrą chwilę, gdy usłyszałem dźwięk jakby kąpiących się dzieci. Pobiegłem w tamtą stronę, ale na brzegu i w wodzie nikogo nie było. Tylko na delikatnych falach kołysała się mała łódka.
– Motylku! Czy mam wsiąść do niej? – Zapytałem. Ale motylka nie było. Wsiadłem do łódki i kiedy szukałem wioseł, ona ruszyła. Płynęła wolno z nurtem rzeki, ścielącej się meandrami. Woda była czysta i ciepła. Przy dnie widziałem baraszkujące ryby, przedzierające się przez kępy roślin. Gdzieniegdzie leżały zmurszałe gałęzie, to znów głazy powleczone mchem wodnym. W miarę, jak czas upływał, rzeka przyspieszała. Zastanawiał mnie szum, potężniejący z każą sekundą. Rzeka zamieniła się w szaloną kipiel i wtedy zdałem sobie sprawę, że ów szum, to szum wodospadu. Nieuchronnie się zbliżał, a ja bezradnie siedziałem w małej łupinie.
Zza zakrętu wyłonił się widok niesamowity! Rzeka nagle urywała się, by spaść w głęboką przepaść. Od krawędzi dzieliły mnie metry, gdy trwoga zmroziła mi czoło. Na pewno nie przeżyję takiego upadku. Ale zaraz! Przecież skoro raz umarłem, to po raz drugi będzie ciężko… Chyba, że… tu są inne zwyczaje! W tej chwili wpłynąłem na skraj wodospadu i stała się rzecz niemożliwa!
Łódka zamiast spaść, płynęła dalej, jakby po niewidzialnej rzece. Spojrzałem zdumiony w dół. Głęboko roztwierała się gardziel odmętu, woda rozbryzgiwała się o kamienie. Brrr! Wilgotny opar unosił się wszędzie, a ryk wodospadu wdzierał się do świadomości. Zacząłem się unosić coraz wyżej i wyżej. Zdawało mi się, że poruszające się w dole mrówki, to ludzie. Zza horyzontu wyłoniły się ośnieżone szczyty. Przeleciałem nad nimi tak blisko, iż dłonią zgarnąłem trochę śniegu. Przyjemnie zimnego.
Krajobraz pode mną przesuwał się z zawrotną szybkością. Nie rozróżniałem już szczegółów. Wszystko zlało się w szarą maź, usiłującą wyciągnąć mnie z łódki. Zaczęło cuchnąć przeraźliwie i mimo, że zatkałem nos, smród mnie obezwładniał. Chyba zemdlałem, a przynajmniej nie pamiętam co się działo dalej. Gdy się ocknąłem, było ciemno. Przeraźliwie ciemno. I cicho. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Ręką namacałem brzeg łódki. Czyli dalej w niej byłem. Ale czy wisiałem w powietrzu, czy osiadłem na czymś, czy leciałem? Tego nie byłem w stanie powiedzieć.
Mrok powoli jaśniał. Obok mnie przemykały świetliste kreski. Co raz gęściej i gęściej, aż zamieniły się w jasny krąg. Łódka wpłynęła doń i kiedy się rozejrzałem, jej już nie było. Stałem na puszystym dywanie w trudne do określenia wzory. Jakby greckie, egipskie, a może jeszcze inne. Nie mogę określić także jego barwy. To tak, jakby ktoś mi mówił, że ten dywan jest nieistotny. Ciągnął się on do wielkich drewnianych drzwi, wokół stały wysokie kolumny, a właściwie zdawały się być zawieszone, też bezbarwne, nijakie. Tylko te drzwi miały kolor mahoniu, z wyrzeźbionymi jakimiś stworami, postaciami. Poszedłem w ich kierunku. Chciałem otworzyć, ale ani drgnęły. Naparłem na nie bokiem. Nic nie pomogło.
– No to po co ja tu jestem? – Mówiłem do siebie. – Hej! Jest tam kto? Otwórzcie! – Nie wytrzymałem i krzyczałem. Nikt mi nie odpowiedział. Zacząłem walić pięściami w drzwi, lecz zza nich doleciało mnie tylko dudniące echo.
– Strajk jaki, czy inny pieron? – Zastanawiałem się.
– A może jakaś katastrofa rozwaliła Niebo i ja tu na wieki w tym nie wiadomo jakim miejscu zostanę?
Postanowiłem zejść z dywanu i powęszyć trochę. Może coś znajdę, jakieś boczne wejście? Gdy dałem tylko krok z dywanu, omal nie spadłem w przepaść. Dobrze, że jakimś cudem przekręciłem się w powietrzu i złapałem rękami za brzeg dywanu.
– No niezłe jaja! Co się tu dzieje?! – Wgramoliłem się z powrotem na dywan. – Niech się ktoś odezwie, bo się wkurzam! – Co raz bardziej denerwowała mnie sytuacja.
Wtedy usłyszałem znaną mi piosenkę: „Komu dzwonią, temu dzwonią. Mnie nie dzwoni…” – Moja komórka! Gdzie ona jest? – pomacałem się po kieszeniach piżamy. – Mam cię! – Na zewnętrznym wyświetlaczu było napisane: „Połączenie prywatne”. Otworzyłem klapkę i zapytałem:
– Co jest? Kto mówi?
– To Ja!
– Jaki „ja”? Ktoś ty i czego chcesz?
– Przestań się wydzierać i mnie posłuchaj. – Głos w słuchawce należał do starszego mężczyzny. Był miły. Uspokoiło mnie to trochę. – Gdzie teraz jesteś? Opisz mi miejsce.
Wykonałem polecenie staruszka. On trochę pomlaskał, pomruczał coś pod nosem i rzekł:
– Słuchaj! Nie wiem jak się tam znalazłeś, ale to pewnie jakaś pomyłka. Być może ta zmurszała łódka już powinna przejść na emeryturę. Co raz częściej jej się zdarza takie fiksum–dyrdum. Ale spoko! Chwilunia! Muszę pomyśleć. Zaraz oddzwonię.
Rozłączył się. Nie podobała mi się ta cała sytuacja. Gdybym umarł, to chyba takie siupy by się nie działy. I na pewno przez komórę nie rozmawiałbym. Znajoma melodia przerwała rozmyślania.
– To znowu Ja! Podejdź do wrót i naciśnij małą kulkę w lewym dolnym rogu. Masz ją?
Szukałem owej kulki i nie mogłem jej znaleźć. Nagle z głowy jednego stwora, co to był na drzwiach w lewym dolnym rogu zaczęło wypływać oko. Stwór zdawał być się tym niepocieszony.
– Mam! Nacisnąłem! – Stwór w podzięce kazał przybić sobie piątkę. Już wykonywałem znany gest, gdy poczwara zachrypiała:
– Ale rzymską!
Z telefonu dobiegł mnie głos:
– Teraz zamknij oczy i czekaj!
– Co ty dziadku kombinujesz? – Zapytałem trochę zdegustowany.
– Przede wszystkim nie „ty”, tylko „Ty”. A poza tym nic nie kombinuję, tylko cię ściągam do Siebie.
– Co ja? Ja coś kombinuję? Dajże spokój dziadku! Dobra. Zamykam oczy.
Gdy to uczyniłem, poczułem nudności i silny ból głowy. – „Nie! To nie może być niebo! Ale chyba i nie piekło? Więc gdzie ja jestem?” – Myśli te nie dawały mi spokoju.
Nagle ktoś poklepał mnie po twarzy.
– Hej! Obudź się! Wstawaj!
– Jeszcze chwileczkę żonko! Jeszcze minutkę…
– Wstawaj! nie udawaj idioty! – Bynajmniej nie był to głos mojej żony. Otworzyłem oczy.
– O w mordę! Gdzie ja jestem? – Byłem ni to w wielkiej sali, ni to na polanie, ni to w swoim domu, ni to gdziekolwiek indziej. Na wprost mnie w wielkim fotelu bujanym siedział mały człowieczek z długą siwą brodą i takimiż włosami. Odziany był w białe ogrodniczki i zieloną, chyba flanelową, koszulę w kratę. W ręku trzymał długą fajkę i co chwila podnosił ją do ust, zaciągając się aromatycznym dymem. Jego zapach był mi dziwnie znajomy.
– Jesteś u Mnie. – Wyszeptał starzec.
– To znaczy gdzie?
– No… u Mnie! – Zirytował się. – Znaczy… jak wy to nazywacie… w Niebie! O właśnie! W Niebie!
– Dobre sobie! A ty pewnie jesteś… Bogiem? – ironizowałem.
– Nooo, tak! Jakby na to nie patrzeć. – Wypuścił kółko z dymu i spojrzał mi prosto w oczy.
Jakby igły obsiadły całe moje ciało. Coś ścisnęło mi gardło i brakowało mi tchu. „Dobrze, że nie położyłem się spać w samych majtkach, tylko w piżamie…” – pomyślałem.
– Jessteeś… Boggieem? – Ledwo wykrztusiłem. – A czeemmu zawdziięczamm ten zaszczyt? – Powoli dochodziłem do siebie.
– Hm! – Przez chwilę zastanawiał się, dumał, przeczesując brodę palcami. – Widzisz, od pewnego czasu gryzie Mnie pewien problem, może jest on mały, ale jednak gryzie.
– Słucham. – Sytuacja była tak niesamowita, że przez chwilę pomyślałem o ukrytych kamerach, jakimś programie telewizyjnym. Ale to nie to. Może cyberprzestrzeń? A może się po prostu zdrowo naćpałem. Ale i to nie pasowało do ogólnego obrazu chwili.
– Nie jesteś naćpany, ani nie jest to żaden talk–show. – Czytał w moich myślach. – Nie bawię się w takie pierdoły. Mam problem z ludźmi.
– Z ludźmi? A cóż oni mogli Bogu złego uczynić? – Ośmieliłem się zapytać i zaczynałem czuć się coraz swobodniej.
– Zanosi się na dłuższą opowieść, więc, proszę, usiądź i słuchaj. – W tej chwili siedziałem już w wygodnym fotelu, ale nie bujanym.
– Napijesz się czegoś?
– Tak. Tyskie proszę! – Wyrwało mi się. – Ups! Przepraszam!
– Nie szkodzi. Mówisz – masz!
Z butelką piwa w dłoni ulokowałem się wygodnie i zacząłem słuchać Wszechmogącego.
– Na początku niczego nie było, tylko wiatr hulał po Moskwie. – Zażartował, a ja otworzyłem usta ze zdziwienia. Korzystając z sytuacji, ściągnąłem łyk piwa.
– A teraz poważnie. Faktem jest, że swego czasu umieściłem ludzi na Ziemi. Byliście Moim oczkiem w głowie, Moimi maskotkami. Póki nie zaczęliście myśleć o waszych doczesnych dobrach. Teraz krew Mnie zalewa, gdy widzę, jak tracicie swoją bezcenną energię na bzdety! – Tu na chwilę przerwał, pyknął fajkę i ciągnął dalej.
– Jakie…? – Chciałem zapytać, ale nie dał mi dokończyć zdania.
– Słuchaj chłopie! – Nachylił się w moją stronę i przestał się bujać. – Czy ty mając nieznośne dzieci posłałbyś między nie swe dobre dziecko, aby ich nawrócić? Pewnie tak! Ale gdyby to nie przyniosło oczekiwanego rezultatu, a dzieciaki ukatrupiłyby twego ukochanego syna, to wybaczyłbyś im?
W Jego oczach pojawiły się gniewne błyski.
– No! Nie wiem! Ale chyba nie! – Odparłem zakłopotany.
– To dlaczego takie pierdoły usiłujecie Mnie przypisać?! – Grzmiał. – Uważacie, że jestem na tyle głupi, by wysyłać swojego posłańca, aby umarł za wasze grzechy?!
Wkuliłem się w fotel i nie śmiałem nawet napić się piwa. Czułem jak pot spływa mi po twarzy. Bóg uspokoił się nieco i spokojniejszym tonem powiedział:
– Sorry! Za bardzo się uniosłem, ale sam rozumiesz…. I jeszcze jedno: Jam jest Wszechmogący? Tak?
– Tak… – Przytaknąłem.
– Jam jest jedynym Stwórcą Wszechświata?
– Tak.
– Niech będzie, że ta książka, którą nazywacie Biblią, jest tchnięta moim słowem. Niech będzie. Ale tylko mogę się podpisać pod jej pierwszą częścią! – Zastanowił się przez chwilę. – Może i częściowo pod drugą… Było tam napisane: „Nie będziesz miał innych bogów przede mną”? Było?
– Tak! Było!
– A coś ty ją czytał, taki niedowiarek? – Zdziwił się trochę.
– Zacząłem czytać, ale nie mogłem strawić. Ale jako takie pojęcie o tym mam.
– Więc było napisane! To dlaczego gadacie do Mnie przez jakieś malowidła, posążki, czy inne gadżety? Wszak każdy z was ma do Mnie gorącą linię! Po co wam pośrednicy? A co by było, gdyby, jak mu tam było… tego… (choć do gościa nic nie mam) Chrystusa powiesili, albo mu głowę ucięli, to modlilibyście się do stryczka, czy topora?! Oj maluczcy wy, maluczcy! A po co wam tyle świętych i jakim prawem to wy decydujecie kto ma dostąpić tego zaszczytu. Uważacie, że lepiej to zrobicie ode Mnie? Że jestem już stary i mam sklerozę?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wnuczka Emilka

*

Stock Photos from 123RF
Prawo Przyciągania
Prawo Przyciągania, the secret, galeria
Jarkos, YouTube
Jarkos, YouTube
"Pocztówki Myślowe"
"Prawo Przyciągania w praktyce"
"Pińczów w 3D"
"Pińczowskie Artały"
"Jarkos Foto Art"
ebook JAMCITO

Pińczowskie Artały

Prawo Przyciągania, the secret